Polityka

Może jednak Bartyla powinien zostać? [KOMENTARZ]


Od roku wszystko zmierza do zmiany władzy w mieście. Choć prezydent uniknął odwołania w referendum, to dziś nie może liczyć już na tak duże poparcie wśród bytomian, jak przed czterema laty. Być może jesienią straci urząd. Tylko, czy to dobrze dla miasta?

Reklama

Począwszy od 1990 roku w Bytomiu panuje polityczna awantura. Kiedy w innych miastach wyrosły księstwa sprawujące rządy przez wiele kadencji, tak u nas co chwila pałeczka była przekazywana z ręki do ręki. Przez 28 lat funkcję prezydenta naszego miasta pełniło aż 7 różnych osób! W pobliskich Gliwicach w tym okresie urząd sprawowało tylko trzech prezydentów, z czego Zygmunt Frankiewicz rządzi tam już od 1993 roku. Z kolei w świetnie rozwijających się Tychach prezydencki fotel jest okupowany przez Andrzeja Dziubę już od 18 lat.

W Bytomiu dwóch prezydentów rządziło jedynie przez dwa lata. Piotrowi Kojowi udało się wywalczyć reelekcję, ale po niej przetrwał tylko połowę kadencji. Halina Bieda jako komisarz zarządzała miastem zaledwie przez kilka miesięcy, natomiast Damian Bartyla na razie jest prezydentem tylko od półtorej kadencji. Wyłącznie Krzysztof Wójcik zdołał sprawować urząd przez pełne dwie kadencje.

Z perspektywy czasu można odnieść wrażenie, że ta polityczna niestabilność nie wychodzi Bytomiowi na dobre. Podczas gdy długoletnie księstwa z innych miast wspinają się na szczyty najróżniejszych rankingów, to nasz Bytom z kadencji na kadencję coraz bardziej marnotrawi swój potencjał. Każdy nowy prezydent próbuje urządzić Bytom po swojemu, dlatego w chwili objęcia funkcji wyrzuca do kosza wszystko, co zrobił jego poprzednik. Później układanie klocków na nowo trwa tak długo, że zanim uda się z nich zbudować książęcy zamek, to pojawia się nowy pretendent, który stwierdza, że wszystko trzeba zrobić inaczej. Bytom przeżywał okres największego rozkwitu, gdy rządził nim Georg Brüning... aż przez 36 lat.

W takim razie może jednak Damian Bartyla jesienią powinien zostać wybrany na kolejną kadencję? Ciężko przewidzieć, czy przez następne 5 lat (zgodnie z nowymi przepisami kadencje prezydentów miast będą o rok dłuższe) uda mu się ukończyć swój zamek, w którym będzie mieć tak silną pozycję, że będzie mógł pozwolić sobie na zerwanie z lokalnymi układami i konsekwentną realizację własnej wizji rozwoju miasta.

Reelekcja Bartyli na pewno byłaby sprawiedliwa, ponieważ wtedy to on będzie musiał wypić piwo, którego sobie nawarzył. Gigantyczny kredyt z Europejskiego Banku Inwestycyjnego został już zaciągnięty, umowa na budowę nowego stadionu dla IV-ligowej Polonii podpisana, niepotrzebne ujęcia wody w Tarnowskich Górach kupione, tereny przy M1 zasypane śmieciami, miejskie wysypisko wydzierżawione prywatnej firmie, a wydobycie na zawał pod Miechowicami trwa w najlepsze... Któż, jak nie Damian Bartyla powinien zjeść tę żabę?

Zrzucanie tak gigantycznych problemów na nowego prezydenta byłoby niehumanitarne. Następca Bartyli w pierwszych dniach po objęciu urzędu prawdopodobnie nabawiłby się ciężkiej depresji i rozważał popełnienie samobójstwa. Chyba, że okazałby się cudotwórcą... Tylko czy takowego widać na horyzoncie? Opozycja zbytnio się nie stara, by przekonać bytomian do tego, że istnieje kandydat, który poradzi sobie z dziedzictwem Damiana Bartyli.

Bartyla 2023?

Zobacz też:
Reklama:


bytomski logo pelen kolor beta



najpopularniejszy serwis internetowy w mieście, posiadający największe forum dyskusyjne, a także kalendarium imprez, ogłoszenia drobne i wiele innych.